Zarejestruj się

Wojna z mieszkańcami o park, który założyli

Spis treści
Zdjęcia
0
Video
0
Pliku audio
0

Mieszkańcy Kabat posadzili pod blokami krzewy. Rośliny wycięli wysłani przez dzielnicę pilarze. Jeden z nich na protest mieszkańca warknął: "Koło d... mi to lata".


Takiej wojny o zieleń dawno nie było. Pierwsze rośliny na rogu al. Komisji Edukacji Narodowej i ul. Pala Telekiego posadził Jacek Powałka, 32-letni menedżer. Gdy zamieszkał w Warszawie i zobaczył między blokami klepisko, uznał, że warto by założyć w tym miejscu park. Sąsiedzi przyklasnęli, ale ostro zaprotestowali urzędnicy z Ursynowa. Powiedzieli Powałce, że rozpatrzą jego pomysł za siedem lat i najlepiej będzie, jak tyle poczeka. Tam, gdzie chce posadzić drzewa, planowali wysokie domy, pawilony albo stację benzynową.  

Powałka, który znalazł się w ścisłej czołówce kandydatów do Stołka, corocznej nagrody "Gazety", nie czekał. Jesienią zeszłego roku z sąsiadami posadził kilkanaście drzew i krzewów. Kilka dni temu połowa sadzonek została zniszczona, a pnie drzew poharatane. - Ścięli je mężczyźni, którzy przycinali trawę - opowiada Maciek Kryszyński, który zakładał park. - Ścięli, mimo że rośliny były oznakowane odblaskowymi palikami - dodaje Jacek Powałka. - A sąsiad, który zastał pod blokiem pilarza i próbował mu tłumaczyć, że nie ma prawa niszczyć krzewów, usłyszał tylko o tym, gdzie mu ten krzak lata - kończy Powałka.

Nie rozumie też, dlaczego urzędnicy są tak zawzięci. - Dzielnicowa delegatura wydziału architektury wydała nam warunki zabudowy, co oznacza, że mamy prawo tworzyć ten park. Dlaczego ktoś teraz tę decyzje zmienia?

- Dlatego, że warunki zabudowy nakazują panu Powałce zrobić projekt parku i wystąpić o pozwolenie na jego budowę. A tego od niego nie dostaliśmy - odpowiada Barbara Mąkosa-Stępkowska, rzeczniczka urzędu Ursynowa. Jej zdaniem rozmowy z Powałką nie ruszą z miejsca, dopóki ten nie zalegalizuje swoich działań. - Decyzja o warunkach zabudowy, którą w marcu dostał pan Powałka, mówi jasno: najpierw ma usunąć samowolnie nasadzone rośliny kolidujące z podziemną infrastrukturą, a następnie uzgodnić opracowanie projektu z dzielnicowym wydziałem ochrony środowiska - mówi Barbara Mąkosa-Stępkowska.

Czy jednak trzeba było niszczyć krzaki? - To mieszkańcy domagali się ścięcia trawy. A pracownicy, którzy przy okazji wycięli krzewy, zrobili to przypadkiem. Skąd mogli wiedzieć, że w tym miejscu coś rośnie, skoro rośnie nielegalnie? - pyta rzeczniczka urzędu. Zaprzecza, że pilarze pocięli też pnie drzew. - Wiem o jednej brzozie, ale ją zniszczyli wandale - mówi. Zapewnia, że pocięte krzaki zbada komisja dzielnicowego wydziału ochrony środowiska, ale urząd nie zmieni opinii wobec parku. - Pan Powałka nie może zachowywać się jak właściciel terenu. To, co robi, to samowolka. A my się na nią nie godzimy - mówi Barbara Mąkosa-Stępkowska.

Powałka przyznaje, że początkowe działania mógł bardziej konsultować z dzielnicą. - Ale to samorząd nie chce współpracować. Nie dostałem odpowiedzi na kilkadziesiąt pism - przypomina mieszkaniec Kabat.
 
Autor: Katarzyna Wójtowicz
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna 2008-05-14